wtorek, 23 grudnia 2014

Zamarznięta jako ta osika w lodzie.

To ja. Gdyby jeszcze to zamarznięcie odbyło się w efektownych okolicznościach przyrody, prawda, włos rozwiany zasypywany iskrzącym śniegiem, kruche członki znikające pod lodem... Ale nie - moje osobiste zamarznięcie nastąpiło trywialnie w mieszkaniu, w polarze i w ręką wpół wyciągniętą do kubka z kawą. Zamarzniętą.
Cóż, i tak nie powinnam narzekać, bo chociaż mogę oderwać się od podłoża. Jakoś. A na zewnętrzu bym nie mogła. Chyba.

     Ale skoro wszystko zamarza, to i mnie nie powinno być dziwne, prawda?... (Jak i innym nie powinno być dziwne, że zimę uwielbiam, jakkolwiek zimna nie znoszę. A tak.) Póki co o tym, że wszystko ma prawo zamarzać przypominają na razie tylko poranne szrony i szadzie, dla moich oczu trochę mało (zwłaszcza, że krótkotrwałe), no ale z kolei zwierzątkom generalnie lepiej.
Oprócz mnie. Dla mnie to takie ni pies ni wydra, ani zieloności, ani białości. Tego nie cierpię najbardziej, bo jest po prostu brzydko, szaro, nijako. Taka zima bez zimy to jak stara ścierka rozwłóczona dokoła.
No ale cóż - SORRY, TAKI KLIMAT.

Ostatnio dwa razy COŚ TAM od zimy było - raz szron z mgły (uwielbiam, ale strasznie delikatny) i raz marznący deszcz (zań podziękuję, oblodziło mi nozdrza). Jako nałogowiec aparatowy poleciałam ziębić tyłek, ale przypomniano mi podówczas o jeszcze jednym elemencie otoczenia niebywale drażniącym dla fotografującego. Mianowicie PRESJA. Tegoż. Jakkolwiek jestem na nią dość odporna, nie zważam, czy ktoś mi się przygląda, czy nie (zresztą jeśli już, to kończy się to zaciekawionym pytaniem : "A co tam pani fotografuje w tej trawie?", a moje uczciwe odpowiedzi  zdają się wyczerpywać temat), ale jednak tym razem gromadka sąsiadów stojących mi życzliwie za plecami, dziwująca się, jak można uschnięte badylom robić zdjęcia i doradzająca, że szron jest zimny w siedzenie jakoś jednak mnie zdekoncentrowała. W połączeniu z topniejącym w oczach szronem zaskutkowało to głupim pośpiechem i stratą takiej okazji.

  Przy marznącym deszczu już nikogo nie było, mądrale jedne. Oblodzone nozdrza jednak nie są takie fajne.


 
 
 


 

 
 










A to jest mój osobisty dreamcatcher :) :





poniedziałek, 15 grudnia 2014

Mokro, które wcale nie jest nieprzyjemne.

       Jest takie mokro. Ciepły majowy deszcz, taki leciutki i delikatny, że niby nie warto rozkładać parasola, albo taki tuż przed chwilą, kiedy krople jeszcze spadają z gałązek, a wszystko pachnie majowym dżdżem.
Jest ciemno, cicho, ciepło. Tylko w Naturze trwają gorączkowe wybudzania i przygotowywania, ale jednak jest zbyt mokro na pełzanie wśród majowych owadów. Więc zachwycam się tylko kroplami, niedawno przez taki delikatny deszcz poukładanymi niczym paciorki na młodych listkach. Jest ciemno, pachnąco, spokojnie. Za chwilę nadejdzie kolejna porcja mokrych, małych diamencików.
A pamiętam. ten dzień głównie dlatego, że wtedy od dwóch dni miałam maleńką Niusię i jako że była to niedziela - biegałam po całym mieście w poszukiwaniu parafiny, a przy okazji (a nawet jakby bardziej) dyżurującej apteki. Wyszłam z domu cicho, otulając śpiącą Niunię pięcioma kocami, a kiedy wróciłam z drogocenną zdobyczą parafinową moja biała kulka spała słodko nadal, ale w brytfance pełniącej rolę kuwety znalazłam starannie zagrzebane to, czego z utęsknieniem wypatrywałam. :-D
Parafina więc została na pamiątkę, tak jak i mokre zdjęcia z tej majowej niedzieli, które poleciałam potem (lekka jako i Niusia) porobić. :)


 











 



 A potem, niespodziewanie jak to w maju, przychodzi popołudniowy deszcz przez słońce :


Wytrzymamy. Jeszcze raptem pięć miesięcy ;-)


sobota, 29 listopada 2014

Moja cicha okolica.

      Mam na myśli okolicę mojego domu rodzinnego, bo ta aktualna, miejska, jest taka se. Natomiast tam są miejsca, które bardzo lubię i w których bywałam po wielokroć, niestety często w czasach przedaparatowych.
Uwieczniłam na razie tylko dwa takie miejsca - pierwsze tuż obok mojego domu, nazywane przez wszystkich Skałkami. To po prostu rzeka, okolona rzeczonymi skałkami - nie wiem, iłowiec może to się nazywa? Taki płytkowy, kruszy się w palcach, można wyjmować te płytki i wyjmować. Albo zjechać po nich na zadku, jeśli nieopatrznie postawi się nogę.
Niestety, kiedyś to miejsce było znacznie urokliwsze, teraz po kilku oberwaniach chmur wielkie fragmenty wąwozu wzdłuż rzeki zjechały po prostu do niej po twardszych ukośnych skałach, wezbrane gwałtowne fale zrujnowały przepiękny wodospad, a dzieła zniszczenia dopełnili okoliczni mieszkańcy wycinając co większe drzewa.
Cóż, z sentymentu do tego miejsca i hołubionych w pamięci ścieżek obsypanych poziomkami oraz wiosennych łanów zawilców w cieniu buków wybrałam się tam z aparatem, ale rozczarowanie było wielkie. Pomijając fakt, że musiałam iść rzeką (tak, tak, ślizgając się po kamieniach), bo ścieżek już dawno nie ma - nie było też wielu innych zapamiętanych rzeczy. Zostały tylko skałki, w których z zapamiętaniem i namiętnością dłubałam.




 



 
 
 



     Drugie miejsce nazywa się Złota Górka, która - jak sama nazwa wskazuje - jest wzniesieniem,przytulonym do mojej wioski od zachodu, z urokliwym szlakiem nań prowadzącym. Ma coś koło 750 m n.p.m., ale relatywnie jest chyba wyższa od naszej Jawornicy (800 z czymś), gdyż można na Jawornicę patrzeć tam z góry. Jawornica i przyległości leży naprzeciwko, więc widoki ze Złotej Górki są zogniskowane głównie na niej. Złota Górka jest złota być może z powodu koloru jej drzew jesienią, a być może z powodu XIX-wiecznej legendy (choć kto wie, czy legendy?) o zbójnikach, którzy w jej stoku zakopali wielki skarb i jest on tam do dziś. Zbójnicy istnieli naprawdę i napadali na bogobojnych wieśniaków chodząc na szczudłach, czyniąc tym (napadaniem, a zwłaszcza napadaniem na szczudłach) wielki strach i popłoch.
Powinnam więc brać na Złotą saperkę, ale zawsze przypomnę sobie o tym za późno. Chociaż ostatnim razem przydałaby mi się zwłaszcza w celu okopania się przed szalejącym halnym (genialnie podczas wichury wybrałam się na Złotą i tuż pod samym szczytem naprawdę dusza uciekła mi na ramię, kiedy nie umiałam już rozróżnić huku wiatru nad moją głową od huku łamiących się konarów. Też nad moją głową).