Cóż, i tak nie powinnam narzekać, bo chociaż mogę oderwać się od podłoża. Jakoś. A na zewnętrzu bym nie mogła. Chyba.
Ale skoro wszystko zamarza, to i mnie nie powinno być dziwne, prawda?... (Jak i innym nie powinno być dziwne, że zimę uwielbiam, jakkolwiek zimna nie znoszę. A tak.) Póki co o tym, że wszystko ma prawo zamarzać przypominają na razie tylko poranne szrony i szadzie, dla moich oczu trochę mało (zwłaszcza, że krótkotrwałe), no ale z kolei zwierzątkom generalnie lepiej.
Oprócz mnie. Dla mnie to takie ni pies ni wydra, ani zieloności, ani białości. Tego nie cierpię najbardziej, bo jest po prostu brzydko, szaro, nijako. Taka zima bez zimy to jak stara ścierka rozwłóczona dokoła.
No ale cóż - SORRY, TAKI KLIMAT.
Ostatnio dwa razy COŚ TAM od zimy było - raz szron z mgły (uwielbiam, ale strasznie delikatny) i raz marznący deszcz (zań podziękuję, oblodziło mi nozdrza). Jako nałogowiec aparatowy poleciałam ziębić tyłek, ale przypomniano mi podówczas o jeszcze jednym elemencie otoczenia niebywale drażniącym dla fotografującego. Mianowicie PRESJA. Tegoż. Jakkolwiek jestem na nią dość odporna, nie zważam, czy ktoś mi się przygląda, czy nie (zresztą jeśli już, to kończy się to zaciekawionym pytaniem : "A co tam pani fotografuje w tej trawie?", a moje uczciwe odpowiedzi zdają się wyczerpywać temat), ale jednak tym razem gromadka sąsiadów stojących mi życzliwie za plecami, dziwująca się, jak można uschnięte badylom robić zdjęcia i doradzająca, że szron jest zimny w siedzenie jakoś jednak mnie zdekoncentrowała. W połączeniu z topniejącym w oczach szronem zaskutkowało to głupim pośpiechem i stratą takiej okazji.
Przy marznącym deszczu już nikogo nie było, mądrale jedne. Oblodzone nozdrza jednak nie są takie fajne.
A to jest mój osobisty dreamcatcher :) :






















































