Uwieczniłam na razie tylko dwa takie miejsca - pierwsze tuż obok mojego domu, nazywane przez wszystkich Skałkami. To po prostu rzeka, okolona rzeczonymi skałkami - nie wiem, iłowiec może to się nazywa? Taki płytkowy, kruszy się w palcach, można wyjmować te płytki i wyjmować. Albo zjechać po nich na zadku, jeśli nieopatrznie postawi się nogę.
Niestety, kiedyś to miejsce było znacznie urokliwsze, teraz po kilku oberwaniach chmur wielkie fragmenty wąwozu wzdłuż rzeki zjechały po prostu do niej po twardszych ukośnych skałach, wezbrane gwałtowne fale zrujnowały przepiękny wodospad, a dzieła zniszczenia dopełnili okoliczni mieszkańcy wycinając co większe drzewa.
Cóż, z sentymentu do tego miejsca i hołubionych w pamięci ścieżek obsypanych poziomkami oraz wiosennych łanów zawilców w cieniu buków wybrałam się tam z aparatem, ale rozczarowanie było wielkie. Pomijając fakt, że musiałam iść rzeką (tak, tak, ślizgając się po kamieniach), bo ścieżek już dawno nie ma - nie było też wielu innych zapamiętanych rzeczy. Zostały tylko skałki, w których z zapamiętaniem i namiętnością dłubałam.
Powinnam więc brać na Złotą saperkę, ale zawsze przypomnę sobie o tym za późno. Chociaż ostatnim razem przydałaby mi się zwłaszcza w celu okopania się przed szalejącym halnym (genialnie podczas wichury wybrałam się na Złotą i tuż pod samym szczytem naprawdę dusza uciekła mi na ramię, kiedy nie umiałam już rozróżnić huku wiatru nad moją głową od huku łamiących się konarów. Też nad moją głową).





























%2Bgg.jpg)















.jpg)



.jpg)
]


















