A właściwie biało-biało-czarno. Bo tak się u nas było kilka razy tej zimy, zadziwiające - ale jednak przyszła zima w styczniu ;-). A skoro przyszła, to ja poszłam do pańskiego sadu. To jest najbliższy mi teren nieurbanistyczny, a dokładniej - jest to zdziczały hrabiowski sad położony na stoku naszej miejskiej góry (też zwanej Pańską Górą), przechodzący pod szczytem w regularny las.
Uwielbiam ten sad - i za wspomnienia pracowitych rąk, które go ponad sto lat temu sadziły, i za wspomnienia hrabiowskich służek, które równie pracowicie zbierały w nim kiedyś jabłka, i za stare, kostropate, często już połamane wiekowe jabłonie - no i za obfitą zwierzynę, która teraz nim zawładnęła. Spotykam tam i sarny, i jelenie, i oczywiście zające, bażanty, i kuropatwy, o mniejszych latających nie wspominając. Ważki też tam spotykam. I koniki, ofkoz.
Można jeszcze dostrzec wzorzec sadzenia jabłoni - tarasowo-schodkowy, powiedzmy, z traktami co kilka rzędów, choć od strony lasu pełno już tam leśnych samosiejek.
No i jabłka są pyszne, stare odmiany, wspaniałe. A wiosną, kiedy te setki jabłoni kwitną i pachną, a trawa pod nimi jest młoda i soczysta - jest jedyny.
I nawet w śniegu mu jest ładnie, można w słodkiej ciszy chodzić tropami zwierząt i gadać z drzewami.
Z zasadzie kolorów zimą nie ma, biel, szarość i czerń (choć ta biel też biała nie jest, w zależności od światła i temperatury bywa przyszarzała, ectu, liliowa, niebieskawa...), ale na upartego zawsze się coś kolorowego znajdzie. Kocham nawet te suszki, jakoś tak na tle śniegu zyskują piękną czystość formy, która sama w sobie też jest interesująca, kiedy udają kwiatki, gwiazdki, malinkę, a nawet kwiatostany lotosu czy bawełny ;-). (Ciekawe, czy też będziecie mieć takie skojarzenia jak ja.)