poniedziałek, 24 listopada 2014

O tym, czym się różni rzeka od farby.

            Na tak postawione pytanie odpowiedzi może być zapewne wiele. Począwszy od takiej oczywistej, że nie różni się niczym, albowiem panta rhei, prawda. Tym bardziej nawet rhei, że to i to zasadniczo płynne, przynajmniej w niektórych okresach swego bytu. Prawda.

Ale czym jeszcze się różni? Powiem Wam : do tej samej rzeki nie można dwa razy wejść. A niestety, niestety... właśnie. Do farby nawet dwa razy tego samego dnia można, niestety. I tą samą nogą. Na szczęście podczas zamawiania koloru rzeczonej farby doznałam ataku nagłego a nieuświadomionego daltonizmu, skutkiem czego do gotowych 5 litrów koloru musiałam dolać 6 litrów białej, żeby dało się wejść do przedpokoju bez uciekania zeń z krzykiem - więc zasadniczo farby mam opór. Minus tego - że pewnie do końca życia będę wykorzystywać te niezliczone pojemniki z wymieszaną farbą, i to jeszcze muszę żyć długo. Ale co tam, jakaś stabilizacja w życiu jest potrzebna, niechby i kolorystyczna.
Jak więc widać - remont trwa. A nawet się posuwa, niekoniecznie z powodu ubytków farby rozbryzganej mym własnym obuwiem. Zresztą obuwiem mojego nieocenionego Brata też, bo w amoku za wyśmiewanie moich "nerwowych ruchów" pomalowałam jego buty również, nieopacznie biorąc je za stare i zużyte, a były nowe i przeznaczone na rower. Cóż, będzie się na nim stabilizował kolorem moich ścian.

     Oraz stwierdzam, że kot (nawet chociażby tylko jeden i ponoć dość mądry) przy malowaniu jest zbędny. Zaambarasowały mnie bowiem onegdaj dziwne ślady wychodzące z, nomen omen, kuwety z farbą, wyglądające jak ślady kota zamiatającego z wściekłości ogonem. Po wnikliwym badaniu sprawy okazało się, że istotnie są to ślady kota zamiatającego z wściekłości ufarbowanym ogonem, a ponadto okazało się, że część tej wściekłości przejęła na siebie wersalka. Cóż, mam zatem jeszcze więcej kolorystycznej stabilizacji, a kota po domyciu nadal mam wściekłego.
Przedpokoju gotowego natomiast nie mam.

Ale na moje usprawiedliwienie mogę podać, że w tak zwanym międzyczasie musiałam zreanimować mój ukochany komputerek (a przez trzy dni trwania akcji reanimacyjnej ja sama omdlewałam ze strachu, że go nie wybudzą), a dla ukojenia nerwów chodziłam... no gdzie, no gdzie, no gdzież by - do lasu, oczywiście. Macie rację. W lesie już z lekka sennie, przedzimowo, pysznią się tylko huby oraz mchi i porosty. Dwa razy myślałam tam, że już ślepnę od zbliżeń z makrem, a to tylko nagła realna mgła mnie nachodziła. Jest więc mgliście (lub szronnie), przedzimowo i sennie, ale to może nawet i lepiej, bo jeszcze spokojniej. Jedynie w miejsce zabójczych szyszek wysforowały się zdradzieckie mokre liście, zwłaszcza te kolaborujące z błotem. Takie kombinacje ryciogenne występują co prawda tylko na wejściu do lasu, ale nawet jedna wystarczyła. Poooszło!...Grzybów nie wyryłam, bo ich już zasadniczo nie ma. Znaczy nie licząc hub i pokrewnych. Niemniej pachnie zdecydowanie grzybowo, a to też jest piękne. Mgła też jest piękna, i ta wilgoć też. :)


















 




3 komentarze:

  1. Jasna cholera! Po pierwsze, ja chcę do Twojego lasu. Po drugie, bardzo proszę o więcej nerwów. Twoich rzecz jasna, ja mam swoich dość. Po trzecie, ten KotZzaWęgła jest absolutnie rewelacyjny. A po czwarte - jaki w końcu kolor?

    OdpowiedzUsuń
  2. Jasna cholera! Że tak nawiążę. Chcesz do mojego lasu czy lasu w ogóle? Ten mój na tle innych lasów nie jest szczególny, ale ma tę zaletę, że zaczyna się 200 metrów za moim domem. ;-)
    Po drugie - gdzie aby azaliż mam sobie te nerwy wyhodować? Na zdewastowanych strzępkach strzępków? Chyba że mi zaszczepisz jakąś swoją dobrą grzybnię.
    KotZzaWęgłaTenŁypiącyGałami? (Bożesz, ileż się naszukałam na moich zdjęciach kota! :-D) TegoKotaZzaWęgła dam Ci z dziką radością. Se sklonujesz.
    A po czwarte - proszę mnie nie denerwować, tak? Farbą. Przypominam o moich strzępkach. A farba kolorystycznie meandruje gdzieś pomiędzy kakao, wrzosem i szarym, nie wiem, czy skłaniać się ku mglistemu zmierzchowi, czy wymiocinom diabła.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wymiociny diabła proszę wypluć (figura stylistyczna taka). Kakao, wrzos i szarość brzmi mi całkiem udanie, aczkolwiek niepokoją mnie te strzępki, znaczy trociny.
    Do lasu w ogóle to chcę zawsze, do Twojego teraz w szczególności. Ale że w moim dawno nie byłam, też bym z dziką rozkoszą.
    Nerwa se hoduj, na czym chcesz, byleś go spożytkowała na jakieś takie wpisy. Możesz na trocinach. Albo na farbie. :D

    OdpowiedzUsuń