sobota, 29 listopada 2014

A bo te ważki.

Miały być. Niechże więc się staną.
Ważki oczywiście są drapieżnikami - co na niektórych zdjęciach widać - ale cóż, c`est la vie. Są przynajmniej ładnymi drapieżnikami. Moje makro radzi sobie z nimi dość żmudnie, bowiem wymaga przybliżenia obiektywu do delikwenta na centymetry - a tego ważki zasadniczo nie lubią. Też bym nie lubiła, nawiasem mówiąc. Czasami jednak chyba z ciekawości pozwalają mi podejść, patrzą na mnie gdy ja patrzę, przekrzywiając zabawnie łebek. Wiele jednak mi uciekło, czego nie mogę odżałować - to są naprawdę przepiękne stworzenia, z holograficznymi oczami, opalizującym odwłokiem, misterną siateczką skrzydeł. A szczytem szczytów było zdarzenie z onegdaj, kiedy wychodziłam do nudnego sklepu i piękny szablak krwisty (to ważka, ofkoz) usiadła mi CENTRALNIE na piersi mej. Mogłam tylko pozezować na nią, jak długo mi pozwoliła.

Ale wracając do adremu - makro, jeśli już mi się uda, wydobywa całe to wielorakie piękno ważek. I w zależności od kąta ustawienia obiektywu mają taki zabawny wyraz pyszczka - albo cwany półuśmieszek, albo gapiowate gapienie się.

Zatem voilà (co ja taka francuska dzisiaj jestem?) - oto moje dotychczas upolowane sztuki :






 






 
  




  










3 komentarze: