wtorek, 18 listopada 2014

Cóż, w lesie nie byłam.


    Bo pada, niestety. Wprawdzie mogłam skorzystać z udzielonej mi onegdaj rady mojego nieocenionego Brata, który proponował mi poruszanie się po deszczowym lesie pod jakimś dużym liściem, ale obawiam się, że wątpię, czy aby podbiał jeszcze jest.
No i poza tym robię remont. Wprawdzie mój udział ogranicza się do gipsowania palcem małych szpar (przy czym znowu mój nieoceniony Brat zachodzi w głowę, dlaczego mam ugipsione wszystkie dziesięć palców górnych odnóży, skoro gipsuję tylko tym jednym palcem; przypuszczam, że zachodzi tu ścisła korelacja ze zjawiskiem ubrudzenia wszystkich łyżek podczas gotowania), no ale jednak ogólny supervision (że tak to światowo ujmę) pełnić muszę.

No więc co tu robić, skoro i deszcz, i ten remont - zdarłszy gips z palców (wraz z naskórkiem. Czemu nikt mnie nie uprzedził, jak szybko wiąże gips?!) przeglądam archiwa zdjęciowe, w próżnej nadziei wywalenia kilku milionów niezbyt udanych zdjęć - i tak sobie myślę, że może coś tu zapodam. Niekoniecznie te nieudane, chociaż w zasadzie czemu nie. Ja transparentna jestem. Aa, nadmieniałam tam wcześniej o żyjątkach - więc niech będą żyjątka. Blog wszak musi żyć. ;-)

    A co do nich - na pierwszy ogień pójdą chyba konisie. Konisie kocham miłością wielką (acz wątpię, żeby odwzajemnioną, z racji niewątpliwego straszenia ich aparatem - choć właściwie nie wiem, jak rozumieć włażenie mi niektórych konisiów na obiektyw). Ubóstwiam je fotografować, bywa, że pięćdziesiąt razy jednego i tego samego. Nie mają lekkiego życia ze mną, nie - ale pocieszam się, że rozumieją moje czułe przemowy do nich z zapewnieniami, że ich nie zjem. Ciężko jest sfocić konisia w makro, trzeba go najpierw zahipnotyzować i wprawić w bezruch - ale warto się postarać. Dla mnie bardzo.










 












8 komentarzy:

  1. O, Krystal przygalopowała na konisiach.

    OdpowiedzUsuń
  2. Znaczy zagalopowałam się?... :-D

    OdpowiedzUsuń
  3. IIIIIIIIIIIIIIIHAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Krysia, co jest? Już prawie tydzień minął ....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. Jest (a na szczęście raczej już była) awaria kompa, co w zrozumiały sposób przyprawiło mnie o awarię serca. Na szczęście bolączka była łatwa do usunięcia (czyt. tania ;-)), a moje znajome na szczęście mają dzieci informatyków. No, jedna ma. Jednego.

      Usuń