Bo pada, niestety. Wprawdzie mogłam skorzystać z udzielonej mi onegdaj rady mojego nieocenionego Brata, który proponował mi poruszanie się po deszczowym lesie pod jakimś dużym liściem, ale obawiam się, że wątpię, czy aby podbiał jeszcze jest.
No i poza tym robię remont. Wprawdzie mój udział ogranicza się do gipsowania palcem małych szpar (przy czym znowu mój nieoceniony Brat zachodzi w głowę, dlaczego mam ugipsione wszystkie dziesięć palców górnych odnóży, skoro gipsuję tylko tym jednym palcem; przypuszczam, że zachodzi tu ścisła korelacja ze zjawiskiem ubrudzenia wszystkich łyżek podczas gotowania), no ale jednak ogólny supervision (że tak to światowo ujmę) pełnić muszę.
No więc co tu robić, skoro i deszcz, i ten remont - zdarłszy gips z palców (wraz z naskórkiem. Czemu nikt mnie nie uprzedził, jak szybko wiąże gips?!) przeglądam archiwa zdjęciowe, w próżnej nadziei wywalenia kilku milionów niezbyt udanych zdjęć - i tak sobie myślę, że może coś tu zapodam. Niekoniecznie te nieudane, chociaż w zasadzie czemu nie. Ja transparentna jestem. Aa, nadmieniałam tam wcześniej o żyjątkach - więc niech będą żyjątka. Blog wszak musi żyć. ;-)
A co do nich - na pierwszy ogień pójdą chyba konisie. Konisie kocham miłością wielką (acz wątpię, żeby odwzajemnioną, z racji niewątpliwego straszenia ich aparatem - choć właściwie nie wiem, jak rozumieć włażenie mi niektórych konisiów na obiektyw). Ubóstwiam je fotografować, bywa, że pięćdziesiąt razy jednego i tego samego. Nie mają lekkiego życia ze mną, nie - ale pocieszam się, że rozumieją moje czułe przemowy do nich z zapewnieniami, że ich nie zjem. Ciężko jest sfocić konisia w makro, trzeba go najpierw zahipnotyzować i wprawić w bezruch - ale warto się postarać. Dla mnie bardzo.


















O, Krystal przygalopowała na konisiach.
OdpowiedzUsuńZnaczy zagalopowałam się?... :-D
OdpowiedzUsuńIIIIIIIIIIIIIIIHAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!
OdpowiedzUsuńPatataj, patataj! :-D
UsuńNo, wreszcie końkret...
OdpowiedzUsuńKrysia, co jest? Już prawie tydzień minął ....
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
UsuńJest (a na szczęście raczej już była) awaria kompa, co w zrozumiały sposób przyprawiło mnie o awarię serca. Na szczęście bolączka była łatwa do usunięcia (czyt. tania ;-)), a moje znajome na szczęście mają dzieci informatyków. No, jedna ma. Jednego.
Usuń