sobota, 29 listopada 2014

Moja cicha okolica.

      Mam na myśli okolicę mojego domu rodzinnego, bo ta aktualna, miejska, jest taka se. Natomiast tam są miejsca, które bardzo lubię i w których bywałam po wielokroć, niestety często w czasach przedaparatowych.
Uwieczniłam na razie tylko dwa takie miejsca - pierwsze tuż obok mojego domu, nazywane przez wszystkich Skałkami. To po prostu rzeka, okolona rzeczonymi skałkami - nie wiem, iłowiec może to się nazywa? Taki płytkowy, kruszy się w palcach, można wyjmować te płytki i wyjmować. Albo zjechać po nich na zadku, jeśli nieopatrznie postawi się nogę.
Niestety, kiedyś to miejsce było znacznie urokliwsze, teraz po kilku oberwaniach chmur wielkie fragmenty wąwozu wzdłuż rzeki zjechały po prostu do niej po twardszych ukośnych skałach, wezbrane gwałtowne fale zrujnowały przepiękny wodospad, a dzieła zniszczenia dopełnili okoliczni mieszkańcy wycinając co większe drzewa.
Cóż, z sentymentu do tego miejsca i hołubionych w pamięci ścieżek obsypanych poziomkami oraz wiosennych łanów zawilców w cieniu buków wybrałam się tam z aparatem, ale rozczarowanie było wielkie. Pomijając fakt, że musiałam iść rzeką (tak, tak, ślizgając się po kamieniach), bo ścieżek już dawno nie ma - nie było też wielu innych zapamiętanych rzeczy. Zostały tylko skałki, w których z zapamiętaniem i namiętnością dłubałam.




 



 
 
 



     Drugie miejsce nazywa się Złota Górka, która - jak sama nazwa wskazuje - jest wzniesieniem,przytulonym do mojej wioski od zachodu, z urokliwym szlakiem nań prowadzącym. Ma coś koło 750 m n.p.m., ale relatywnie jest chyba wyższa od naszej Jawornicy (800 z czymś), gdyż można na Jawornicę patrzeć tam z góry. Jawornica i przyległości leży naprzeciwko, więc widoki ze Złotej Górki są zogniskowane głównie na niej. Złota Górka jest złota być może z powodu koloru jej drzew jesienią, a być może z powodu XIX-wiecznej legendy (choć kto wie, czy legendy?) o zbójnikach, którzy w jej stoku zakopali wielki skarb i jest on tam do dziś. Zbójnicy istnieli naprawdę i napadali na bogobojnych wieśniaków chodząc na szczudłach, czyniąc tym (napadaniem, a zwłaszcza napadaniem na szczudłach) wielki strach i popłoch.
Powinnam więc brać na Złotą saperkę, ale zawsze przypomnę sobie o tym za późno. Chociaż ostatnim razem przydałaby mi się zwłaszcza w celu okopania się przed szalejącym halnym (genialnie podczas wichury wybrałam się na Złotą i tuż pod samym szczytem naprawdę dusza uciekła mi na ramię, kiedy nie umiałam już rozróżnić huku wiatru nad moją głową od huku łamiących się konarów. Też nad moją głową).
















2 komentarze:

  1. Ślicznie tam. Ale musisz przyjechać do mnie, zabiorę Cię w Bory i pokażę Ci równie uroczyskowe miejsca. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudne okoliczności przyrody.

    OdpowiedzUsuń